Oczekuj nieoczekiwanego…

Dodano 11 października 2014, w Co u nas?, Mamą być..., przez Nasza Karuzela

Dzień dobry wszystkim :)

Na szczęście dzidziuś jeszcze w brzuszku siedzi. Lekarza wybierałam bardzo długo i sądziłam, że podjęłam najlepszą możliwą decyzję.

Pomyliłam się.

Jedyne badania, jakie mi zlecił i podstawowe krew i mocz. Nawet nie chciał obejrzeć dziecka na usg. Podczas zwykłego badania ginekologicznego stwierdził, że urodzę w ciągu 2-3 tygodni, a dziecko będzie mocno przedwcześnie urodzone. Zasmuciło nas to ogromnie i zaczęłam się mocno oszczędzać. Wynajęliśmy nawet nianię do dzieci.

Lekarz wziął wolne, a mnie bóle w podbrzuszu nie dawały spokoju i przybrały na sile. Ponieważ lekarz nie dał żadnego zastępstwa za siebie, pojechałam do szpitala. Z dzieckiem na szczęście było w porządku, ale lekarz uznał, że dostaje za słabe leki, żeby utrzymać dziecko dłużej w brzuszku. Zmienił leczenie i wysłał na badanie moczu.

Okazało się, że bóle, które już dość długo mnie męczyły to tylko i wyłącznie zapalenie pęcherza!

Antybiotyk wszystkiemu zaradził :)

Kiedy poszłam do lekarza ponownie, jedyne co miał mi do powiedzenia to to, jak bardzo źle, że nie mam w karcie ciąży podpisu od lekarza ogólnego. Nic więcej! Nawet nie skierował na badanie kontrolne, nic.

Tak oto postanowiłam zmienić lekarza prowadzącego po raz trzeci. Nie brałam już nawet dokumentów z tej poradni, nic. Zwyczajnie poszłam gdzieś indziej.

Jeśli mam być szczera, to była to chyba najmądrzejsza decyzja z możliwych. Nowy lekarz zrobił mi pełen pakiet badań. Już na pierwszej wizycie wykonał badanie usg, co niestety w naszej służbie zdrowia się niemalże nie zdarza. A już tym bardziej biorąc pod uwagę, że usg wykonuje na KAŻDEJ wizycie, gdy tylko pojawiam się w gabinecie, a wszystko na NFZ. Szaleństwo!

Leki również dopasował tak, że zdołałam donosić dziecko, które mimo że jeszcze jest w brzuszku, już jest dzidziusiem w pełni donoszonym i mogę spokojnie oczekiwać na poród bez zmartwień, że jakieś narządy nie zdążyły się wytworzyć.

Choćby człowiek nie wiem jak bardzo się starał i jak bardzo chciał się zabezpieczyć przed wszelkim możliwym złem – to i tak nie zdoła. I tak wszystkiego się nie przewidzi.

Otagowane:  

„Czy jesteście gotowi czy nie – nadchodzę”

Dodano 4 września 2014, w Mamą być..., przez Nasza Karuzela

Witajcie :)

Dziękuję za wszystkie Wasze wizyty :)

No cóż, nasz córeczka bardzo chce już być po tej stronie brzuszka. Lekarze zalecają leżenie, nie wychodzenie z łóżka i jak najwięcej odpoczynku. No i oczywiście unikać stresu, co w moim przypadku jest właściwie można powiedzieć, że najtrudniejszym zadaniem :/

Stresuję się wszystkim ogromnie, to muszę szczerze przyznać… Ale cóż się tu dziwić? Przecież jakby nie patrzeć trochę mam na głowie…

Dom…

2 dzieci…

Mąż i jego problemy zawodowe (mało kto ich dziś nie ma)…

Remont, przeprowadzka, urządzanie się i sprzątanie wszystkiego…

A to dopiero wierzchołek góry lodowej.

Oczywiście, ze wszystkim damy sobie radę. Bo jakżeby nie? ;)

Bo jak nie my to kto? ;)

A póki co wracam do leżenia plackiem i odpoczywania ;)

Otagowane:  

Zmiana lekarza c.d.

Dodano 1 września 2014, w Co u nas?, Mamą być..., przez Nasza Karuzela

Witajcie,

no niestety. Jak coś idzie zbyt gładko, to często po prostu wróży kłopoty.

Lekarz okazał się być nie miły, nie uprzejmy i wciąż robił reprymendę. Gdyby jeszcze miał ku temu powody, ale raczej mam wrażenie, że to na zasadzie, aby sobie ulżyć. Po 4 wizytach u niego mam dość. Na kolejną wybieram się już do innego lekarza.

Ja rozumiem, gdyby miał jeszcze powód. Ale żeby robić mi 5 minutowy „opierdziel” za to, że jak byłam u lekarza rodzinnego to nie dostałam pieczątki w karcie ciąży? Jeszcze nigdy, w żadnej poprzedniej ciąży nie miałam takiej pieczątki i nikt jej ode mnie nie wymagał. Także zdecydowanie lekka przesada, jak na mój gust.

Przez 4 wizyty nie zrobił żadnych badań. USG ostatnio miałam robione w poprzedniej poradni. Prawie 13 tygodni temu.

Także podziękuję…

Otagowane:  

Zmiana lekarza prowadzącego. Jak to rozsądznie zrobić?

Dodano 23 sierpnia 2014, w Co u nas?, przez Nasza Karuzela

Dzień dobry :)

Cieszę się ogromnie, że mnie tak chętnie odwiedzacie i że codziennie tyle osób do mnie zagląda :)

Dziękuję

Dziś chciałam się z Wami podzielić moją walką o znalezienie dobrego lekarza ginekologa w zupełnie nowym środowisku, który kontynuowałby prowadzenie mojej ciąży.

Oczywiście, zaczęłam od opinii w internecie. Koszmar! Czego się tutaj człowiek nie naczytał! Nawet lekarze, których uważałam za dobrych, okazali się mieć fatalne opinie…

W końcu koleżanki poleciły mi lekarza około 15km od nowego domu, który nie miał najgorszych opinii i zdecydowałam się wybrać na pierwszą wizytę.

1. Najpierw umówiłam termin u nowego lekarza. To było najtrudniejsze, aby wytłumaczyć, że wizyta musi się odbyć najlepiej przed rozwiązaniem ciąży, bo oczywiście w naszym kraju nawet do ginekologa czekać trzeba miesiącami.

2. Do lekarza, u którego rozpoczęłam prowadzenie ciąży poszłam na ostatnią wizytę dobierając tak termin zakończenia L4, aby pokrywał się z pierwszą wizytą u nowego lekarza.

3. Poprosiłam o skserowanie karty ciąży ze „starej” poradni i wydanie wszystkich wyników badań. To miało drugi stopień trudności.

4. Kilka dni później, po dostarczeniu wszelkich najpotrzebniejszych pisemnych próśb i podań oraz zapłaceniu stosownej kwoty, otrzymałam kserokopię karty ciąży wraz z wynikami.

Byłam wolna. Mogłam przejść do nowej poradni. Uff!

Szkoda jedynie, że w nowej poradni otrzymałam standardowo cały plik rzeczy do podpisania, wypełnienia, a położna, która jednocześnie prowadzi tam zajęcia w szkole rodzenia na NFZ bardzo sprytnie we wszystkich pismach podsunęła mi do podpisania dokumenty ze szkoły rodzenia z nadzieją, że się nie zorientuję.

Najważniejsze jednak, że udało mi się przenieść prowadzenie ciąży do nowej poradni bez większych problemów…

Otagowane:  

Witajcie :)

Udało nam się – wreszcie na swoim  :D

Jeśli zastanawiacie się jak tego dokonaliśmy we dwoje, mając dwójkę dzieci, a trzecie w drodze – dziś czeka Was zaskakująca opowieść ;)

Po pierwsze – trzeba mieć plan. Po drugie – trzeba plan, położyć na łopatki ;)

Sprawa się skutecznie komplikuje, gdy Mała Istotka zamieszkująca okolicę pod żebrami nie jest już taka mała, daje skutecznie w kość, dwójka Małych Rozrabiaków dzielnie „pakuje się” robiąc misz-masz wszystkiego, a w dodatku Teściowa nie ma ochoty wynieść się z domu, a rodzice nie zamierzają pomóc. No, ale i tak udało nam się.

Na szczęście można liczyć na garstkę przyjaciół (szkoda, że żyjemy w czasach, gdzie na fb dodaje nas cała masa ludzi, ale pomóc nie ma kto…)

Także kilka dni przed „godziną zero” zaczęłam wraz z przyjaciółką pakować rzeczy, które „nie przydadzą się w najbliższych dniach”. Każdy worek dzielnie opisałam, przyczepiłam kartki z opisami za pomocą zszywacza od środka worków. Córcia przedostała się w obręb nie wyniesionych worków i zżarła kartki wraz ze zszywkami (na szczęście udało mi się odnaleźć wszystkie zszywki na podłodze – wypluła).

W dzień przeprowadzki przyszła druga przyjaciółka z Mężem, Tata (jakoś się udało go przekonać) i kolega z pracy.

Dzieci rano pojechały do Mamy, której pomagała Babcia i Dziadek (główni organizatorzy opieki nad dzieciakami).

Panowie zaczęli wynoszenie, pakowanie do aut i wywożenie. Chwilowo do rodziców, jako że mają mnóstwo miejsca do przechowywania, a nasz domeczek jeszcze nie był gotowy na tip-top. Połowę kartek z opisami pourywali. Fantastycznie. Nie wiem jakim cudem, bo były od środka worków, a przynosili mi oderwane kartki albo wyrzucali po drodze.

Kiedy Panowie robili kolejne kursy, a miejsce w przedpokoju się zwalniało, ja z przyjaciółką pakowałam resztę rzeczy. Gdy wracali mieli kolejną porcję popakowaną i gotową do wywiezienia.

Tak oto sprawnie dom pustoszał, aż wreszcie można było wszystko sprzątać, a mieszkanie zdać cioci. W stanie idealnym.

My natomiast wraz z dziećmi niedługo po tym mogliśmy wejść do swojego wymarzonego domku i powoli, powoli, powoluteńku zacząć się urządzać.

fot. Strange Luke, flickr

fot. Strange Luke, flickr

Nieprawdopodobnym jest to uczucie ulgi i wielkiego szczęścia, gdy wreszcie jesteś u siebie, na swoim. Gdy nikt nie może Ci nic „kazać” ani niczego zabronić, gdy możesz urządzić dom po swojemu, wszystko zrobić po swojemu. Gdy jesteśmy tylko my sami, całą naszą rodzinką. Gdy obiad zjemy o tej, o której nam odpowiada, gdy oglądamy co chcemy, idziemy gdzie chcemy, robimy co chcemy.

Oczywiście, nasłuchaliśmy się jacy to my nie jesteśmy, że jak można do remontu iść mieszkać z dziećmi – a co? Kiedy jest w domu remont to każdy kto ma dzieci wyprowadza się?!

Może i nie mamy jeszcze nie wiadomo jakich luksusów, może i nigdy ich nie będziemy mieć, zobaczymy co czas pokaże, ale na pewno jesteśmy bardzo szczęśliwi z tego co mamy. I z tego, że jesteśmy razem. Tylko to się liczy!

Bo rodzina musi trzymać się razem!

Otagowane:  

Jestem…

Dodano 17 sierpnia 2014, w Co u nas?, przez Nasza Karuzela

Witajcie :)

Oj, długo mnie nie było i zdołałam bardzo skutecznie zaniedbać i Was i mojego bloga.

Obiecuję poprawę!

9618454319_a62f8d9feb_qI to z całą pewnością, bo wiele zmian nastąpiło ;)

Powolutku będę zdradzać Wam losy z ostatnich tygodni całej naszej wesołej gromadki…

Jesteście gotowi? ;)

Otagowane:  

Sami budujemy nasz świat…

Dodano 9 czerwca 2014, w Co w mojej głowie się tli?, przez Nasza Karuzela

Witajcie :)

Cóż za oklepany zwrot, prawda?

Ale jednak…tak właśnie jest.

Ostatnio kilka razy już natknęłam się na próbę podjęcia tego tematu przez różne osoby, więc i ja zdecydowałam się dodać swoje trzy grosze  i podzielić z Wami swoimi przemyśleniami.

 

Od pewnego czasu tendencje w wychowaniu dzieci idą w bardzo „postępową” stronę. A przynajmniej tak się wydaje wielu ludziom.

Dzieciom dajemy coraz więcej swobody, a zakazy i nakazy stawiamy przed…rodzicami, którzy te dzieci próbują wychować.

Nie wolno dzieci karać, trzeba je nagradzać.

Nie wolno krzyczeć.

Nie wolno się denerwować.

Nie wolno pokazywać przed dziećmi własnych słabości.

Nie wolno dawać klapsów.

Nie wolno dzieci zmuszać do „pracy” w domu czy w ogródku.

Nie wolno dzieciom dawać nakazów i zakazów.

Dzieci muszą same uczyć się odróżniać dobro od zła…

Dziecku trzeba dać swobodę, aby uczył się życia na własny sposób, na swoich błędach.

A później co? Dorastają. Z niewychowanych smarkaczy rosną dorośli, chamy, bez kultury, bez szacunku, oczekujące, że wszystko im się należy za sam fakt bycia na tym świecie. Sądzą, że są święci, że każdy ma wokół nich skakać, a oni nie muszą pracować na nic. Nie starają się, nic z siebie nie dają, bo i po co? Mama z Tatą wszystko muszą podać na tacy. Tego nauczyli Jasia i tego wymaga Jan.

Syn pobije innego człowieka kijem bejsbolowym, córka sprzeda swoje dziewictwo…i sądzą, że to w porządku, bo inni tak robią. Bo inni smarkacze bez wychowania są ich wzorcem, bo kto inny miałby dać im przykład? Matka z ojcem, którzy nie mają prawa się odezwać? Krzyknąć? Ukarać? Bo muszą dać wolną wolę i prawo do błędów?

Społeczeństwo mówi, że nie można dzieci wychowywać w taki a taki sposób, odbiera wszelkie „środki” wychowawcze, a później są pretensje, że matka z ojcem nie wychowali, że młody człowiek robi coś złego i nie pojmuje, że zło to zło, że mamy taki, a nie inny świat.

Jeżeli damy dzieciom tylko i wyłącznie swobodę, aby wychowywali siebie sami, ucząc się na własnych sukcesach i błędach, to nie możemy mieć pretensji, że nie wynieśli żadnych pozytywnych wzorców z domu.

Ten model wychowania był już tysiące lat temu i nie przyniósł pozytywnych skutków. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?!

Jestem wyrodną matką… Tak mi powiedzieli. Bo gdy moje dziecko świadomie i celowo krzywdzi drugie dziecko – wysyłam do kąta. Bo gdy moje dziecko wrzeszczy jak oszalałe chcąc wymusić na mnie swoją wolę, pozostaję nie wzruszona i nie ulegam wrzaskom. Bo gdy moje dziecko jest smutne, że czegoś nie dostało, ja pozwalam mu na tą drobną chwilę smutku, zamiast jak najprędzej „naprawić swój błąd” i podsunąć pod nos obiekt marzeń, choćby nie wiem co!

Taką wyrodną matką, przed samą sobą, mogę być. Trudno. Nie uszczęśliwię każdego. Pytanie tylko, kiedy „komuś” podpadnę i doniesie na mnie, że się nad dziećmi znęcam… Bo przecież tendencją w dzisiejszych czasach jest również odbieranie rodzicom dzieci za różne „niedociągnięcia” wychowawcze, za każde „niedostosowanie się” do wyznaczonych kanonów rodzicielstwa.

To my budujemy nasz świat…

Pytanie tylko, czy nasze dzieci będą „cegłami” wspaniałego domu czy raczej gwoździami…do trumny…

Otagowane:  

Rozbraja mnie podejście ludzi, zgodnie z którym każde dziecko powinno jeść słodycze.

Jadą w odwiedziny do kogoś, kto ma dzieci i co kupują? Słodycze.

Na prezent, dodatkowo choćby, ale słodycze obowiązkowo się znajdą.

Na urodziny, na dzień dziecka, bez powodu – słodycze!

Cukierki, wafelki, ciasteczka, chipsy, batoniki, jajka niespodzianki, czekoladki…

 

Jestem zwolenniczką „karmienia” dzieci owocami, zamiast słodyczami. Nie wydaje mi się, aby dziecku do szczęścia była potrzebna wielka paka chipsów! Dlatego każdego uprzedzam, żeby wybierając się do nas wybrali raczej „na podarunek” dla dzieci owoce zamiast słodkości. Zwłaszcza, że kg na przykład jabłek można kupić za mniej niż 2 zł, a bananów w ramach szaleństwa za max. 4zł. A o ile zdrowiej?!

I wiecie co słyszę?

„Co z Ciebie za matka?!”, „nie możesz bronić dzieciom słodyczy!”, „przecież to są dzieci! muszą jeść słodycze”, „odbierasz im dzieciństwo”, „będą się odchudzać to nie będą jeść słodyczy, ale teraz nie muszą się odchudzać. Kiedy mają je jeść?” i moje ulubione „zobaczysz, jeszcze się tym doigrasz”…

No cóż, ja mam do tego nieco inne podejście.

Nie bronię dzieciom zjadać słodkich rzeczy. Ciasta, które sama piekę, jedzą ze smakiem. To samo owoce… Ale czy rzeczywiście cukierki to najważniejsze w życiu, co mogę dać moim dzieciom?

Czy to one warunkują szczęście dziecka?

Jakie jest Wasze na ten temat zdanie?

Otagowane:  

Wysiadam…

Dodano 3 czerwca 2014, w Co w mojej głowie się tli?, przez Nasza Karuzela

Zamykam oczy i liczę…

do 10…

do 100…

do 100 tysięcy…

a potem to już liczę  tylko na cud…

Otagowane:  

Propozycja nie do odrzucenia cz.2

Dodano 30 maja 2014, w Co u nas?, przez Nasza Karuzela

Witajcie,

znów mnie na chwilkę zabrakło, ale to problemy z komputerem miałam… Elektronika mnie nie lubi…

Pani, która zarezerwowała zabawkę nie zjawiła się. Pani od „5zł” nie dałam znać, że tamta zrezygnowała, co by się już więcej nie kompromitowała…

Natomiast zabawkę wzięła inna kobieta. Przyjechała z pustymi rękami (w sensie bez owoców, o które prosiłam) i zapytała „czy ma Pani dzieci?”

Zaskoczyła mnie tym pytaniem skutecznie. No bo przecież…oddaję zabawkę, o której napisałam kilka słów wspominając o moich dzieciach. Spodziewała się, że co? Że kupuję zabawki, bawię się nimi sama, a jak mi się znudzą to oddaję innym dzieciom?!

Jednakże, gdy dowiedziała się, że mam dzieci, wręczyła mi garść drobniaków i wyszła.

Kiedy spojrzałam co mi dała, okazało się, że trzymam w ręce sporo monet, od 1gr do 20gr.

Wygrała! Zdecydowanie – wygrała!

Poddaję się! Zastrzelcie mnie!

Otagowane: